Budżet obywatelski potrzebuje reformy

  • Dziennik Polski
- Zaangażowanie mieszkańców jest wartością samą w sobie - mówi o budżecie obywatelskim Michał Chrzanowski, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Piotr Drabik

- Za nami już trzy edycje budżetu obywatelskiego w Krakowie, a wciąż mamy problemy m.in. z niską frekwencją. To wynik urzędniczych błędów czy może rezultat niskiego zainteresowania ze strony mieszkańców?

- Frekwencja nie jest wyzwaniem, ale zadaniem. Ze względu na przemiany ustrojowe i myślenie, że wszystko było „czyjeś”, a nie „nasze”, to zaangażowanie mieszkańców w przestrzeń obywatelską jest ograniczone. Z tym problemem borykają się wszystkie miasta. Myśląc o budżecie obywatelskim, startujemy z pułapu, gdzie połowa mieszkańców mówi, że w ogóle nie interesuje ich, co dzieje się za oknem. Każdego roku powinny być podejmowane takie działania, żeby budżet obywatelski był coraz skuteczniejszym narzędziem.

- I Pana zdaniem udaje się to osiągnąć?

- W części tak. Budżet obywatelski jest w Krakowie najbardziej rozpoznawalnym i najlepiej ocenianym środkiem partycypacji społecznej. Owszem, mamy też konsultacje, inicjatywy lokalne czy kontakt z urzędnikami, ale te wszystkie środki nie spełniają oczekiwań mieszkańców tak jak budżet obywatelski. Możemy się zastanawiać, czy 7 proc. frekwencji to dużo, ale gdy spojrzymy, jaki odsetek mieszkańców uczestniczy w konsultacjach społecznych - to są promile. Jednocześnie to nie jest uniwersalne narzędzie i nie rozwiąże wszystkich problemów.

- Poza słabą frekwencją jakie inne bolączki mamy w temacie budżetu obywatelskiego?

- Przede wszystkim wciąż jest brak myślenia o tym, że jest to narzędzie do zachęcania mieszkańców do działania. Istnieje przekonanie, że skoro mieszkaniec nie jest zainteresowany udziałem, to nie ma potrzeby takich inicjatyw. To nie jest prawda, bo samo zaangażowanie mieszkańców jest wartością samą w sobie. Inna kwestia to aktualny kształt budżetu obywatelskiego, który jednak promuje partykularne interesy. Anonimowi wobec siebie wnioskodawcy składają projekty, które realizują tylko ich potrzeby. A następnie mieszkańcy przed komputerami wybierają te projekty, których chcą tylko oni. Nie na tym polega zarządzanie miastem. Należy tak zmienić budżet obywatelski, by odbyła się dyskusja między wnioskodawcami a mieszkańcami. Ci ostatni muszą zrozumieć, że zarządzanie miastem nie polega tylko na „chceniu” i rozwiązywaniu ich własnego problemu. Trzeba pochylić się nad problemami społeczności lokalnych, ale mieszkańcy muszą się o tym dowiedzieć. Szukanie kompromisu nie jest łatwe, w przeciwieństwie do roszczenia sobie do czegoś prawa.

- Powrót do papierowego głosowania w budżecie obywatelskim to dobra decyzja?

- Uważam, że tak. Trzeba korzystać z nowych technologii, jak wybór projektów przez internet, ale nie można przesadzić. Jeśli w badaniach dowiadujemy się, że 20 proc. osób z danej dzielnicy nie ma dostępu do internetu, to jest ogromna część mieszkańców. Nawet jeśli głosowanie papierowe wiąże się z trudnościami z dotarciem do krakowian, to trzeba takie działania podejmować, bo każdy mieszkaniec jest tak samo ważny.

- W zeszłym roku w ramach badania naukowego kierowany przez Pana zespół sprawdził, jak wygląda głosowanie budżetu obywatelskiego w dzielnicach. Pokazały one bardzo słabą frekwencję wśród seniorów. Co jeszcze pokazują?

- Dowiedzieliśmy się, że osoby głosujące na BO w jednym roku, nie robią tego w kolejnym. To m.in. dlatego, że mieszkańcy głosują tylko na projekty, które ich interesują. Skoro hasłem budżetu obywatelskiego są słowa „głosuj, to się opłaca!”, to jeśli żaden projekt nic mi nie da - nie biorę udziału. Bez zmiany tego myślenia niewiele się zmieni.

- Czy zamieszanie wokół projektu „Skrzydła Krakowa” odbije się na opinii mieszkańców o budżecie obywatelskim?

- Myślę, że na pewno pogłębi niezrozumienie, na czym to wszystko polega. Jednak z drugiej strony po wybuchu całej tej afery rozpoczęła się dyskusja, po co nam w ogóle jest ten budżet obywatelski. Przez „Skrzydła Krakowa” dostrzegliśmy, że kluczowa jest przecież ogólnodostępność wybieranych projektów. Dla mnie nie są ważne same projekty, ale sposób, w jaki zostały one wypracowane. Chodzi o to, że budżet obywatelski może się składać z bardzo małych inwestycji i to nawet niekoniecznie tych np. budowlanych. A w Krakowie zwykle wybierane są bardzo złożone inwestycje, takie jak park na Zakrzówku czy tor wyścigowy. Realizuje się je długo i z ryzykiem, że finalnie coś może się nie udać.

- Idei budżetu obywatelskiego nie pomaga również postawa radnych z Bieńczyc, którzy postanowili go zlikwidować na poziomie dzielnicowym.

- To nie była decyzja mieszkańców, ale zarządu i rady dzielnicy. Budżet obywatelski jest wspólnym przedsięwzięciem mieszkańców i radnych. Alarmująca jest sytuacja, w której osoby gotowe do zaangażowania traktuje się jak wrogów. Trzeba pomyśleć, jak zorganizować budżet tak, żeby te dwie grupy mogły ze sobą współpracować. Dla radnego dzielnicowego mieszkańcy gotowi do zaangażowania powinni być cenni.

- Co trzeba zrobić, żeby ratować budżet obywatelski?

- Nie mówmy o ratowaniu, bo jeden kontrowersyjny projekt, jak „Skrzydła Krakowa”, to nie problem. Na pewno trzeba organizować spotkania w przyjaznej dla mieszkańców formie. A w cały ten proces trzeba wciągnąć radnych. Urzędnicy mają się dostosować do mieszkańców, nie odwrotnie.

Rozmawiał Piotr Drabik

Nowe stawki VAT. Co zdrożeje?

Więcej na temat:

Widzisz problem?

Jeśli realizacja budżetu obywatelskiego budzi Twoje wątpliwości